Kiedy świat wokół nas jest sprzyjający i przewidywalny, jesteśmy skorzy podejmować zachowania budujące trwałe dzieła, kiedy zaś jest mniej przewidywalny i zagrażający szukamy tego, co pewne i sprawdzone – czegoś, co zredukuje nasz strach i niepewność. Czymś takim są właśnie te (wcale nie) zapomniane wartości. Czy przez fakt zapomnienia o tych wartościach, nie sprawiliśmy właśnie, że nasz świat przestał być przewidywalny trochę na nasze własne życzenie?
Spis treści wpisu
(Wcale nie) zapomniane wartości
Małe obszary przywiązań do wartości
Duże obszary przywiązań do wartości
Po co nam wartości?
Zobaczcie, że my żyjemy w takim świecie, w którym oznaki wskazujące na jego przewidywalność i dawanie poczucia bezpieczeństwa przeplatają się z sprawami, które zupełnie je niszczą.
Z jednej strony, żyjemy w naprawdę unikatowym czasie i miejscu (Polska – szerzej może Cywilizacja Zachodnia), który charakteryzuje się niespotykanym dotąd dobrobytem materialnym. Generalnie mamy nadmiar jedzenia, zdatną do picia wodę w kranie, centralne ogrzewanie, dostęp do edukacji, służbę zdrowia itp. Oczywiście zawsze jest na co narzekać, ale zobaczcie, że takich luksusów w jakich żyjemy nie ma w większej części świata, a przecież jeszcze całkiem niedawno (końcówka XIX wieku – początek XX) doświadczeniem wielu osób żyjących nawet w naszej – dziś bogatej – części świata, był brak żywności na koniec zimy, brak higieny, dostępu do podstawowej opieki medycznej, zimno, brud na ulicach. Dlatego też wtedy więcej ludzi umierało na choroby infekcyjne, a dziś ludzie umierają na choroby, które słusznie nazywamy „cywilizacyjnymi” (ponieważ dotyczą zmian cywilizacyjnych, m.in. takich jak: braku ruchu, przejadanie się, używki), jak np. choroby układu krwionośnego.
Z drugiej jednak strony wydarzenia ostatnich lat: pandemia, zagrożenie konfliktem zbrojnym, wzrastająca polaryzacja społeczna, ogromny wpływ Internetu, doświadczenie samotności i trudności emocjonalnych (czego najdotkliwiej doświadczyła najmłodsza część naszego społeczeństwa – szeroką analizę tych wyzwań opisałem w artykule z pomysłami na zajęcia budujące kompetencje społeczne), są czymś, co tę przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa bardzo podkopują.
Tak mi się wydaje, że największym jednak czynnikiem wpływającym na obniżenie naszego poczucia bezpieczeństwa są zmiany społeczne (bardzo szybko przebiegające m.in. pod wpływem mediów społecznościowych), oderwanie człowieka od różnych form przywiązania: rodziny, społeczności, narodu, wspólnoty religijnej itp., płytkość kultury i relacji międzyludzkich, a nawet pewnego rodzaju moda na poszukiwanie problemów we własnym wnętrzu (zapoczątkowana przez Freudowską koncepcję człowieka). To wszystko sprawia, że świat (niezależnie od tego jaki naprawdę jest w kwestiach społecznych, politycznych, gospodarczych, militarnych, a nawet przyrodniczych) może wydawać się nam bardzo nieprzewidywalny i zagrażający.
Wyobraźmy sobie dwie hipotetyczne społeczności (nieważne jak duże np. rodzinę, wioskę, naród):
– społeczność osób, dla których ważna jest sama społeczność, przywiązanie, troska o drugą osobę, gdzie wiele jest punktów wspólnych, wspólnych wartości, spraw, które łączą, wspólnych opowieści, co za tym idzie taka społeczność ma swoje tabu, ma też dosyć wyraźny podział pomiędzy tym, co sacrum, a tym, co profanum
– społeczność osób, dla których sama społeczność nie jest dosyć ważna, ważne są indywidualne cele, ludzi nie łączy wiele (albo łączą ich jakieś mało ważne sprawy), nie ma wspólnych wartości, każdy ma swoją, równie ważną opowieść (narrację – takie modne ostatnio słowo), w takiej społeczności nie ma tabu, nie ma świętości, wszystko jest profanum, wszystko jest równie ważne (znaczy: równie nieważne)
Zadajmy sobie teraz następujące pytania:
1. W której społeczności chciał(a)byś żyć?
2. Która społeczność, jest Twoim zdaniem, bardziej przewidywalna i dająca poczucie bezpieczeństwa?
3. I najważniejsze: Która społeczność będzie sobie lepiej radziła w sytuacji zagrożenia?
4. Który z tych dwóch modeli lepiej opisuje Twoją rodzinę / środowisko pracy / Polaków / Europejczyków?
Może jeszcze na pierwsze pytanie odpowiedział(a)byś, że lepiej byłoby żyć w tej drugiej społeczności, bo ta pierwsza jawi się jako jakaś skostniała, zabobonna, średniowieczna (jakby ten przymiotnik był w jakimś sensie negatywny), zaściankowa, a w tej drugiej jest taka jakby większa swoboda, są ciekawsi ludzie (choć czasami: banda dziwaków) i generalnie jakoś tak weselej. Jednak pytania 2. i 3. bardziej skłaniają nas ku wybraniu odpowiedzi dotyczącej społeczności osób przywiązanych: taka społeczność będzie bardziej przewidywalna (choć czasami i dla niektórych w negatywnym sensie) i zdecydowanie lepiej będzie radzić sobie w sytuacji zagrożenia. Odpowiedź na pytanie 4. pozostawiam każdemu z osobna.
Ktoś z Was może pomyśleć, że ta społeczność osób przywiązanych może w jakiś sposób gubić człowieka z jego indywidualnością. Oczywiście, że może, jeśli społeczność stanie się celem samym w sobie, tzn. wartością nadrzędną, najważniejszą (jak to np. miało miejsce w państwach faszystowskich, czy komunistycznych – w tych drugich często tylko deklaratywnie). Społeczność nie zgubi indywidualności człowieka, ale zachowa odpowiednią równowagę pomiędzy indywidulanymi interesami osoby, a dobrem wspólnym, jeśli jej członkowie uznają wspólne wartości (staną ramię w ramię i spojrzą w jednym kierunku) warunkujące taki stan.
Moglibyśmy powiedzieć, że chodzi tu o wartości uniwersalne, ale określenie to niesie pewne komplikacje, ponieważ zakłada, że pewne wartości będą podzielane przez wszystkich i zawsze. Nie ma wartości, które są podzielane przez wszystkich i zawsze, ale za to są wartości, których podzielanie jest korzystne długofalowo dla wszystkich i zawsze. Nie ma więc uniwersalnych wartości, ale są uniwersalne zasady. Wartości mówią, o tym, co ludzie uznają za ważne, a zasady mówią o tym, co przynosi korzystne rezultaty (lub niekorzystne, jeśli się je łamie).
Prostym przykładem takiej uniwersalnej zasady, z którą raczej nikt nie dyskutuje, jest grawitacja. Nikt nie dyskutuje z zasadą grawitacji ponieważ leży ona u podstaw fizycznego świata. Zasada ta w największym skrócie mówi o tym, że wszystko, co ma masę się przyciąga (w szczegółach można by jeszcze dodać: i jest większe niż 0,01 mm, bo jeśli jest mniejsze, to wpływ innych oddziaływań jest większy niż wpływ grawitacji). A więc, np. Ziemia przyciąga ciało człowieka, dlatego nie należy wychodzić przez okno na 4. piętrze, bo mogą nas spotkać nieprzyjemne konsekwencje (choć niektórzy celowo wykorzystują te zasadę właśnie po to, żeby spotkały ich te konsekwencje). W każdym razie odnośnie tej prostej zasady nie ma społecznej dyskusji dotyczącej tego, jakie konsekwencje wiążą się z jej stosowaniem, a jakie nie.
Odnośnie jednak innych zasad i powiązanych z nimi wartości takie dyskusje często się pojawiają, dlatego warto w tym miejscu podkreślić długofalowość konsekwencji stosowania lub nie stosowania poszczególnych zasad. Im bardziej odroczone w czasie i niejednoznaczne konsekwencje wiążą się z daną wartością, tym jest ona bardziej dyskusyjna.
Podkreśliłem tutaj słowo „długofalowo”, bo zwrócicie uwagę np. na taką wartość, jaką jest prawdomówność. Zgodzicie się, że jest to zasada, której warto przestrzegać? Prawdomówność jest dla nas ważna (wartość). Prawdomówność przynosi długofalowe pozytywne skutki (zasada).
Wiemy jednak, że są ludzie, którzy z premedytacją kłamią (nie chodzi o kłamstwa wynikające np. z naszej słabości) i odnoszą z tego korzyści (np. oszuści podatkowi). Praktyka skutecznego działania, a mówiąc w skrócie: życie, pokazuje jednak, że taka strategia w jest po prostu głupia, czyli nie bierze pod uwagę konsekwencji działania (jedno kłamstwo pociąga drugie, potem się człowiek nawet sam w nich miesza i tak wszystko wychodzi na jaw). Nie na darmo powstało powiedzenie „kłamstwo ma krótkie nogi”. Może nawet jeśli na krótką metę, kłamstwo przyniosło komuś korzyść, to długofalowo przyniesie mu na pewno więcej strat i problemów.
Zaraz ktoś może pomyśleć, że są przecież ludzie, którzy notorycznie kłamią, kradną lub robią jeszcze inne złe rzeczy, a wcale – nawet długofalowo – nie wychodzi im to na złe. Odpowiem na to, że być może tacy są. Nie będę przekonywał Was do tego, że nie warto kłamać, czy robić innych złych rzeczy, otrzymaniem zasłużonej kary w wymiarze transcendentnym (bo na pewno nie wszystkich to przekona), ale powiem, że po prostu generalnie życie pokazuje, że kłamstwo i w ogóle łamanie zasad niesie ze sobą złe konsekwencje.
To, że wydaje Ci się, że komuś uchodzi to płazem, wcale nie oznacza, że tak jest. Nie znasz wszystkich „kosztów”, np. zepsutych relacji, poczucia niespełnienia, wyrzutów sumienia itp., a poza tym, dlaczego myślisz, że akurat Tobie to ujdzie płazem. Zdecydowanej większości osób kłamstwo (lub popełnienie innego zły czynu) przynosi więcej problemów niż korzyści (więcej strat niż zysków) i nawet jeśli w kilku jednostkowych przypadkach podejrzewasz, że jest inaczej, to jakie jest prawdopodobieństwo, że akurat Ciebie te negatywne konsekwencje nie dotkną?
W psychologii opisywane jest zjawisko tzw. pułapki optymizmu (optimism bias, unrealistic optimism), który polega na tym, że jako większe oceniamy prawdopodobieństwo tego, że właśnie nas spotka coś dobrego – w porównaniu do innych ludzi, a jako mniejsze, że spotka nas coś złego. W klasycznym badaniu Weinstein (1980) prosił studentów o ocenę prawdopodobieństwa doświadczenia 18 zdarzeń pozytywnych (znalezienie dobrej pracy po studiach, posiadanie własnego domu itp.) i 24 negatywnych (problem z alkoholem, próba samobójcza itp.) i dla większości wydarzeń pozytywnych studenci wskazali większe prawdopodobieństwo wystąpienia tego zdarzenia dla siebie niż dla innych (różnica średnich istotna statystycznie dla 10 z 18 zdarzeń, s. 810), a dla większości zdarzeń negatywnych większe dla innych niż dla siebie (różnica średnich istotna statystycznie dla 14 z 24 zdarzeń, w tym dla jednego zdarzenia „bycie rannym w wypadku samochodowym” różnica była istotnie statystyczna, ale w drugą stronę). Podobnym złudzeniem poznawczym, w które wierzymy i które może mieć znaczenie dla naszych rozważań jest to, że generalnie uważamy się za lepszych i posiadających lepsze umiejętności od innych, np. w badaniu Svensona (1981), aż 88% przebadanych studentów z USA uważało, że prowadzi samochód bezpieczniej niż przeciętny kierowca, wśród studentów z Szwecji odsetek ten wynosi 77%.
Podobne negatywne konsekwencje łamania zasad możemy wskazać dla np. takich spraw, jak brak szacunku dla innych, obgadywanie, brak wdzięczności, brak poszanowania własności prywatnej, egoizm (zaniedbywanie dobra wspólnego). Możemy zauważyć, że skoro łamanie zasad niesie ze sobą negatywne konsekwencje, to ich przestrzeganie będzie niosło pozytywne. Wydaje się jednak niewystarczającym stwierdzić, że skuteczne i szczęśliwe funkcjonowanie jednostkowe i społeczne zapewni nam tylko i wyłącznie niełamanie zasad negatywnych („po pierwsze nie szkodzić”), tj. np. mówienie prawdy (nie kłam), szanowanie własności innych (nie kradnij), okazywanie szacunku (nie obgaduj) itp. Sensowne, dające satysfakcję i też prowadzące do życiowej skuteczności będzie nie tylko niełamanie zasad negatywnych, ale życie wartościami pozytywnymi, z których realizowaniem powiązane są pozytywne konsekwencje (moglibyśmy zatem powiedzieć, że są to więc także zasady).
Taką pozytywną wartością jest np. przynależność. Na pewno są osoby, które z powodu kierowania się w życiu tą wartością doświadczyły negatywnych konsekwencji, np. wykorzystania przez członków społeczności, do której przynależą. Zauważmy jednak, ze znów (podobnie jak z w przypadku omówionego wcześniej przypadku z prawdomównością) generalnie w życiu przynależność (np. do rodziny, wspólnoty, społeczności, narodu) przynosi człowiekowi więcej pozytywnych konsekwencji niż negatywnych.
Co niestety smutne zdaje się, że współczesna kultura nieco zapomniała o takich pozytywnych inspirujących wartościach, bo zobaczcie, że w jakiś sposób można bez nich żyć. Można wstawać rano, coś tam robić przez cały dzień, kłaść się spać i jutro znów to samo. Do tego doda się jeszcze trochę rozrywki i już człowiekowi zdaje się, że nie wiele mu brakuje (no nie? przynajmniej mam takie wrażenie, kiedy od czasu do czasu włączam telewizor). Czy my chcemy tak żyć? Czy nie jest pełnym, pięknym i wartościowym życiem, takie, w którym, pomimo trudu, jednak żyjemy czymś, co naprawdę jest dla nas ważne i nadające życiu sens?
(Wcale nie) zapomniane wartości
Jakie wcale niezapomniane wartości sprawiają, że nasze życie nabiera sensu i pełni? Poniżej tylko kilka przykładów. Pewnie moglibyśmy coś do tej listy jeszcze dopisać. Już teraz zapraszam Was do podzielenia się swoimi propozycjami tego typu wartości w komentarzach.
Miłość
Chyba jedna z najbardziej dyskutowanych obecnie wartości. Często kojarzona z zakochaniem, cielesnością, doznaniami emocjonalnymi, uczuciami. Wszystko to na pewno z miłością się wiąże, ale najlepsza moim zdaniem jest krótka definicja: „życie z i dla osoby”. Życie z i dla drugiej osoby, współmałżonka, dzieci, najbliższych, życie dla siebie (wszak kochać można i trzeba też samego siebie), życie dla ojczyzny (pamiętacie tylko, że ojczyzna to też ludzie – samo pojęcie jakiejkolwiek zbiorowości ludzkiej poniekąd zakłada, że stanowi ona nieco inną jakość niż tylko tworzący ją ludzie, ale nie zapominajmy o tym, bo byli w historii tacy, co kochali ludzkość, ale zabijali człowieka), życie dla Boga (wszak Bóg – ten pisany z dużej litery, to także osoba – a nawet trzy).
Bardzo mocno polemizowałbym jeśli ktoś definiowałby miłość jako życie dla czegoś innego niż osoba (czy osoby, jak w powyższym przykładzie ojczyzny). Życie dla rzeczy, zwierząt, czy nawet wartości, to nie miłość, np. życie dla sensu, życie dla przyjemności. Czasami mówimy: „kocham spać”, „kocham koty”, albo „kocham muzykę Chopina”, nie mamy tu przecież jednak na myśli „życia dla” takiego jak dla osoby (nawet jeśli są tacy, którzy żyją dla spania, kotów lub muzyki). Przepraszam wszystkich miłośników muzyki lub zwierząt, ale stań oko w oko np. z swoim dzieckiem lub małżonkiem i powiedz mu, że Twój stosunek do niego (czyli miłość) jest taki sam, jak do waszego kota czy fortepianu. No przecież nie. Prawdziwa miłość może być skierowana tylko wobec osoby.
Zobaczcie też, że definicja „życie dla” zakłada czyny, a nie słowa, myśli, czy uczucia wobec drugiej osoby. Oczywiście z miłością wiąże się życzliwość, czyli jakieś wewnętrzne nastawienie (myśli) życzenia komuś dobrze. Warto w ogóle ludziom życzyć dobrze i to niewiele nas kosztuje (ja np. szczerze życzę dobrze wszystkim ludziom na świecie J, choć czasami trochę jednak nas to kosztuje, kiedy np. ktoś nas denerwuje), ponieważ życzenie innym dobrze redukuje negatywne emocje i w ogóle pozwala bardziej obiektywnie spojrzeć na drugą osobę. Tylko, że życzenie drugiej osobie dobrze, to tylko ledwie początek miłości. Podobnie jak nie jest miłością czucie „motylków w brzuchu” na samą myśl o drugiej osobie, ani mówienie jej pięknych słów (choć pamiętajmy, że czasami samo mówienie, to też czyn, np. upominanie czy praca wykładowcy lub tłumacza). Miłość to czyny.
Miłość to życie „z” bo, żeby prawdziwie wiedzieć, czego druga osoba potrzebuje, trzeba po prostu z nią żyć i ją poznawać. Czasami może się nam wydawać, że żyjemy „dla” i robimy coś jakby z pozycji wyższości wobec drugiej osoby, bo „wiemy lepiej” od niej samej czego jej potrzeba (to bywa wyzwaniem organizacji społecznych, które proponują „super” działania, ale ostatecznie nikomu niepotrzebne, bo niepoprzedzone wnikliwą diagnozą potrzeb). Dlatego ten wymiar „z” jest bardzo ważny, a czasami wystarczy tylko z kimś być i to już jest wystarczające życie „dla” (a tego zdaje się najbardziej nam brakuje w tym zabieganym świecie – spędzania czasu z ludźmi, których kochamy).
Tutaj znajdziecie wszystkie moje wpisy o tematyce budowania pięknych relacji:
Mądrość
Mam taki pomysł, żeby napisać cały długi wpis o tym, czym w ogóle jest mądrość (to dopiero po tym, jak skończę serię Biblijna Skuteczność, bo w Biblii jest mnóstwo treści na ten temat, żeby nie powiedzieć, że w ogóle cała Biblia jest właśnie o tym). Jednak już teraz, w największym skrócie mogę stwierdzić, że mądrość to widzenie rzeczy takimi, jakie są naprawdę, a nie takimi jakimi się jawią. Na mądrość składa się dostrzeganie niejednoznaczności świata, pewna wyrozumiałość i umiejętność wstrzymania osądu, docieranie do sedna sprawy, pokora w postrzeganiu świata (pozwalająca czasami stwierdzić, że jednak mogę się mylić i mój osąd nie jest prawdziwy), umiejętność słuchania, rozumienia i dostrzegania nieoczywistych faktów.
W kursie dotyczącym Tutoringu (wszak podejście to służy m.in. właśnie poszukiwaniu mądrości) przedstawiam taki prosty schemat mniej więcej pokazujący czym jest mądrość:
Mądrości nie da się nauczyć inaczej, jak tylko przez doświadczenie (czyli po prostu przez życie). Nie jest ona jednak automatycznie nabywana z wiekiem, ale zakłada też ogromny wysiłek człowieka jej poszukującego, który analizuje swoje doświadczenia i wyciąga z nich wnioski. Tęsknimy za taką mądrością, bo dzięki niej wiemy jak żyć. Zapytajcie starszych osób w Waszym otoczeniu, a wielu z nich stwierdzi z przekonaniem, że wiele by dało, żeby nie popełnić błędów młodości i żeby wtedy mieć taką mądrość, jaką mają teraz.
Jeszcze z czasów moich studiów psychologicznych pamiętam jedną ciekawą dyskusję naukową prowadzoną pomiędzy profesorami. Rozmawiali oni o tym, ile jest czynników osobowości, tzn. iloma zmiennymi można opisać osobowość człowieka. Jest wiele koncepcji na ten temat, dawniej konstruowanych na podstawie zwykłej obserwacji (np. starożytna koncepcja 4 temperamentów Hipokratesa), a współcześnie analiz statystycznych, tj. analizy czynnikowej, czyli poszukiwania hipotetycznych zmiennych, z którymi korelują różne sposoby opisu człowieka (np. przymiotniki, czy pytania samoopisowe), np. 16-czynnykowy model Cattela z lat ‘50. XX wieku, czy obecnie zdaje się najbardziej popularny 5-czynnikowy model osobowości Wielka Piątka z lat ’80.
Może troche przekorne pytanie dotykające podstaw metodologii psychologii brzmi: czy liczba czynników nie zależy bardziej od przyjętych założeń statystycznych, niż rzeczywistej struktury osobowości (jeśli taka w ogóle jest)? Dlaczego czynników osobowości nie wyróżnimy tyle, ile jest sposobów opisu człowieka w języku (np. przymiotników)? To byłoby bez sensu tylko ze względów praktycznych (bo żeby być stuprocentowo trafnym np. typów ludzi powinniśmy wyodrębnić tyle, ilu jest ludzi – co oczywiście czyni taką typologię bezsensowną). To w takim razie dlaczego nie wyodrębnić jednego czynnika, z którym koreluje każdy sposób opisu człowieka i który opisywałby model dojrzale funkcjonującej osobowości (co to w ogóle znaczy?)? Któryś z profesorów zaproponował, że może najlepszą nazwą dla tego czynnika będzie właśnie mądrość.
Ten pomysł wzbudził wtedy moje zaciekawienie, bo czyż cecha (jeśli możemy użyć tego określenia), jaką jest mądrość nie opisuje trafniej funkcjonowania człowieka niż np. skala ekstrawersja-introwersja, która zakłada pewną powtarzalność zachowań, choć jednocześnie mniej mówi o ich dostosowaniu do sytuacji: możemy zakładać, że skrajny ekstrawertyk będzie się źle czuł na pogrzebie, tak jak skrajny introwertyk na weselu. Natomiast człowiek charakteryzujący się mądrością będzie potrafi odnaleźć się i tu i tu. Jednocześnie, czyż czasami nasz sposób funkcjonowania (lub chociażby przekonanie o nim, coś w stylu: „taki już jestem”) nie działa na nas w jakiś sposób zniewalająco, poniekąd „zmuszając” do zachowania się w określony sposób zgodny z (może tylko postrzeganą) osobowością. Człowiek charakteryzujący się mądrością nie będzie miał takich dylematów i bynajmniej nie nazwiemy go hipokrytą postępującym wbrew sobie, kiedy na pogrzebie będzie „smucił się ze smutnymi” na weselu „weselił z wesołymi” (zob. Rz 12, 15).
Jednocześnie refleksje te rodzą pytanie: „Co to znaczy być sobą?”, „Postępować zgodnie z sobą?”. Ja bym odpowiedział, że być sobą, to znaczy postępować w wolności wewnętrznej – a przecież wolność wewnętrzna nierozerwalnie związana jest z mądrością (co mam nadzieję widzicie na tym schemacie powyżej, który pokazuje poniekąd drogę „przebicia się” naszych myśli głównie przez ograniczenia, które są przede wszystkim w nas samych: przekonania, oceny i osądy).
O wolności wewnętrznej i jej kształtowaniu bardzo dużo piszę w wpisie o charakterze – bo moim zdaniem praca nad charakterem, to nic innego, jak kształtowanie przestrzeni wolności wewnętrznej:
Na czym polega kształcenie charakteru (i dlaczego nie lubię pojęcia „rozwój osobisty”)
A o uczeniu myślenia – które to jest pojęciem szerszym niż sama mądrość, ale może do niej prowadzić piszę w tych dwóch wpisach, z których drugi jest bardzo praktyczny:
– Myśl jako podstawa działania. Jak uczyć myślenia (i co to znaczy – czyli dokładnie czego)
– 15 prostych ćwiczeń i pomysłów na zajęcia uczące myślenia do wykorzystania w grupie i klasie
Odpowiedzialność
Moim zdaniem odpowiedzialność to mega ważna i niedoceniana wartość, ponieważ rozumiemy ją nieco powierzchownie. W powierzchownym rozumieniu uważamy człowieka odpowiedzialnego za słownego, punktualnego, pracowitego itp. – oczywiście to wchodzi w zakres odpowiedzialności, ale prawdziwa odpowiedzialność to coś głębszego – i nie jest to tylko moje zdanie, bo np. takie myśli odnajdujemy np. u Coveya (2005) czy w Biblii, np. w przypowieści o talentach Mt 25, 14-30 i minach Łk 19, 11-27. Pełna odpowiedzialność to odpowiedź na „zagadywanie świata” jakby powiedział Buber.
Czym do Ciebie zagaduje świat i do odpowiedzi na co Cię zaprasza? Zagaduje do Ciebie poprzez: sytuacje ludzi, którzy żyją wokół Ciebie, potrzebami Twojej społeczności, może czasem historycznym, w którym żyjesz, Twoimi szerokorozumianymi talentami, Twoimi głębokimi pragnieniami, głosem sumienia (bardziej religijnie: „powołania”), wartością i dziełami, którą tylko Ty możesz dać światu, potrzebą sensu i robienia trwałych twórczych dzieł, którą masz w sobie.
Bardzo często nie rozumiemy swojego miejsca w świecie, ponieważ albo nie słyszymy tych zagadywań (nie chcemy słyszeć) albo nie zwracamy na nie uwagi. Świat, w którym żyjemy jest tak głośny, że je zagłusza. Żeby zrozumieć swoje miejsce w świecie trzeba się w nie wsłuchać i na nie odpowiedzieć (tzn. podjąć odpowiedzialność) – lub przynajmniej podjąć próbę, zacząć odpowiadać, podjąć jakiś mały krok, w kierunku odpowiedzi na nie. Nie zrozumiemy swojego miejsca w świecie i będziemy nieszczęśliwy, kiedy nie podejmiemy tej odpowiedzialności.
Oczywiście zdolność do odpowiedzialności wynika z faktu naszej wolności. Zwierzęta nie mają wolności, nie mają więc odpowiedzialności (i w związku z tym np. nie ponoszą odpowiedzialności np. prawnej za swoje czyny). My mamy wolność, a w związku z tym odpowiedzialność. Nie ma wolności bez odpowiedzialności, bo właściwie to wolność jest czymś, co sprawia, że człowiek ma zdolność, umiejętność do odpowiedzi (łac. „respons” + „abilitas” = „responsabilitas”). Im większa w związku z tym wolność, tym większa odpowiedzialność, a wolność bez odpowiedzialności prowadzić może ostatecznie do najgorszego zła. To dlatego Frankl (2009, s. 195) proponował postawić Statuę Odpowiedzialności za zachodnim wybrzeżu USA – jako równowagę dla stojącej na wschodnim Statuy Wolności.
W związku z tym pozwólcie na refleksję na temat wolności. Czy osobie, która jest uzależniona np. od alkoholu, przypiszemy odpowiedzialność za ten stan? Inaczej zadając pytanie: czy to jej uzależnienie wynika z faktu jej wolności? Jeszcze inaczej: czy to, że jest uzależniona jest jej decyzją? Tak sobie myślę, że w pierwszej myśli nasze odpowiedzi na te pytania będą się skłaniać raczej w takim kierunku, że przecież uzależnienie to choroba, przecież ta osoba wcale nie chciała stać się uzależniona i bynajmniej nie podjęła takiej decyzji, żeby nią być – przecież nikt nie chce być uzależnionym. Pomijając fakt, że nieco w naszej naturze jest odpychanie odpowiedzialności za nasze niepowodzenia i złe czyny (Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem. (…) Wąż mnie zwiódł i zjadłam. (Rdz 3, 12b.13b); „ja tylko wykonuję rozkazy”, a od czasów Freuda także na: „nieświadome mechanizmy” itp.), to jednak pytając tak szczerze skąd się biorą uzależnienia (ale także np. choroby wynikające z złego stylu życia, rozwody, złe rodzicielstwo, o czym sobie jeszcze za chwilę wspomnimy – choć z drugiej strony także zdrowie, sukcesy i dobre relacje) nie sposób nie odpowiedzieć, że jednak w jakiś sposób człowiek ma na nie wpływ i do nich doprowadza. W pewien sposób temat ten jest dosyć prosty do wyjaśnienia: każda z tych spraw to suma małych decyzji. Uzależnienie to nie efekt jednej decyzji, ale ciągu wielu małych rozłożonych w czasie: „czy dziś sięgnę po kieliszek, żeby poprawić sobie nastrój (ew. zagłuszyć egzystencjalną ciszę, czy zapomnieć o cierpieniu)?”. Oczywiście dla jednej osoby odpowiedź na to pytanie będzie prostsza: „nie, bo dziś poczytam książkę” a dla innej o wiele trudniejsza, np. takiej, która ma głęboko wpojone wzorce właśnie takiego radzenia sobie z nadmiarem emocji i nieznajomość innych lub inne uwarunkowania. Oczywiście jeden kieliszek wypity dla poprawy nastroju po ciężkim dniu nie czyni z nas osoby uzależnionej, tak samo drugi itd. – tylko gdzie jest granica, po której kolejny już jednak tak? To pytanie w stylu: Ile ziarenek można zabrać ze stosu, żeby był on dalej stosem?
Spójrzmy na to inaczej: każda myśl w stylu „sięgnę dziś po kieliszek, żeby poprawić sobie nastrój” stawia nas przed wyborem (jak już powiedzieliśmy dla jednych łatwiejszym, a dla innych trudniejszym): czy podjąć odpowiedzialność, czy ją odrzucić? Zachować się odpowiedzialnie, czy nieodpowiedzialnie? Im częściej nasz wybór skłania się w stronę odpowiedzialności, tym łatwiej jest nam podejmować każde kolejne odpowiedzialne decyzję, a im częściej wybieramy źle, tym jest nam za każdym razem trudniej wybierać dobrze, aż to takiego stanu uzależnienia, w którym przestrzeń wewnętrznej wolności jest bardzo, bardzo mała – ale nigdy tak mała, że jej nie ma. Wtedy mówimy o uzależnieniu, jako o chorobie.
Tak samo jest z zachowywaniem zdrowego stylu życia, podejmowaniem ćwiczeń fizycznych, długofalowym budowaniem relacji, budowaniem przekonań, a zwłaszcza dotyczących siebie, tj. np. poczucia własnej wartości (na które przecież składa się całe mnóstwo często małoistotnych informacji), a nawet – moim zdaniem – zakochaniem. Czy fakt zakochania jest całkowicie niezależny od naszej woli, jakby chciała nasza kultura już od czasów starożytnych? Czy nie mamy tu do czynienia z mechanizmem nieco podobnym, jak w przypadku uzależnienia (czy żaden romantyczny poeta nie napisał nigdy o zakochaniu czegoś w stylu: „jestem od Ciebie uzależniony”)? Poznajesz jakąś osobę np. koleżankę/kolegę w pracy, coś Ci się w niej podoba (to może być nawet coś dla Ciebie błahego np. dowcip, urok osobisty, wygląd zewnętrzny), ta osoba zaczyna pojawiać się w Twoich myślach i teraz każde takie pojawienie się w pewien dyskretny sposób zaprasza Cię to decyzji, „czy myśleć o niej, czy nie?”. Ta decyzja jest o wiele trudniejsza, do podjęcia (a nawet zauważenia), niż kwestia sięgnięcia po kieliszek, bo to dzieje się „tylko w Twojej głowie”. Oczywiście też nasza kultura, a przecież też biologia, podpowiada Ci: „oczywiście, że myśleć”. Mechanizm działa dalej: myślenie powoduje efekt zwiększenia ekspozycji (niech na początku będzie on tylko w świadomości, ale potem przecież także poprzez celowe spędzanie czasu – a przecież bardziej lubimy, to co już znamy – lub z czym po prostu mieliśmy kontakt, nawet nieświadomy, mere-exposure effect, Zajonc, 1968), to powoduje intensyfikację myśli i uczuć, niezwracanie uwagi na wady tej drugiej osoby itp. Oczywiście mechanizm ten jest celowy i sensowny, tylko gorzej jeśli dotyczy np. osoby, która już komuś obiecała wierność. W każdym razie, im wcześniej w tym procesie jesteśmy, tzn. np. od razu po pierwszej myśli: „coś mi się w niej podoba” niekiedy z dużym wysiłkiem odpychamy od siebie myśli o tej osobie, np. mówiąc sobie „ale przecież ma wady, jak każdy”, „ma męża i trójkę dzieci itp.” tym łatwiej jest to zrobić. Dokładnie tak, jak z sięganiem po alkohol.
Też tak sobie myślę, że niepodjęcie odpowiedzialności (lub też inaczej codzienne jej niepodejmowanie), nie tylko sprawia, że nasze życie jest jakieś takie płaskie, bez doświadczenia sensu, też pewnie nudne, a może ostatecznie trudne i nieszczęśliwe – ale także niestety sprawia, że w pewien sposób ranimy ludzi wokół nas, bo tak w bardzo dużym uproszczeniu: jeśli przecież jesteśmy w stanie coś naprawić, komuś pomóc, zmienić czyjeś życie na lepsze – a tego nie robimy – to przecież także jest to zachowanie złe. Codzienne podejmowanie małych odpowiedzialności składających się na nasze życie sprawia, że ludzie wokół nas są szczęśliwi – dlatego jest to tak bardzo ważne.
Pokora
Pokora to umiejętność stanięcia w prawdzie o samym sobie – rozpoznania swoich mocnych stron i słabości.
Kiedy w prawdzie patrzymy na siebie, możemy z łatwością „zlokalizować” mocne obszary, na których warto się skupiać, oraz te słabe, nad którymi możemy pracować. Dzięki temu naprawdę wiemy, co jest naszą siłą, a co słabością – to w gruncie rzeczy samo w sobie jest ogromną zaletą, ponieważ wiemy, gdzie w naszym życiu dajemy radę, a gdzie nie dajemy i potrzebujemy pomocy.
Ludzie, którzy nie są pokorni, nie mają tej siły, a więc w gruncie rzeczy są słabi. Skoro nie patrzą na siebie w prawdzie, budują swój obraz siebie, który nie jest realny. Są więc podatni na trudności, a co najgorsze, nie zdają sobie z tego sprawy. To tak, jakbyś chciał budować dom, nie interesując się, co jest pod ziemią. Może tam jest skała, a może błoto? Człowiek pokorny wie, co tam jest, a niepokorny nie wie – i ta niewiedza może go drogo kosztować.
Pokora pozwala na lepszy dostęp do samego siebie, a przez to także sprawia, że lepiej możemy rozumieć inne osoby. Pokora umożliwia nam docenienie tego, co mamy od innych, i okazanie im za to wdzięczności. Człowiek pokorny nie boi się ośmieszenia ani porażek, ponieważ buduje swoje poczucie wartości na tym, co wewnętrzne, a nie zewnętrzne. Nie boi się, że w swoich relacjach może coś stracić, dlatego buduje je na zasadzie wygrana-wygrana. Człowiek pokorny żyje mentalnością dostatku, jest wdzięczny i w pewnym sensie niczego mu tak naprawdę nie brakuje, ponieważ docenia to, co ma, i na tym się koncentruje. Nie zwalnia go to jednak z pracy nad sobą, bo wie, że inni go potrzebują.
Więcej o życiu mentalnością dostatku, czyli m.in. o budowaniu swojej samooceny i pewności siebie na tym, co naprawdę mamy, a nie na tym, czego nie mamy:
W związku z tym osoba pokorna jest w stanie budować bardziej szczere i głębokie relacje z innymi. Ważne jest jednak to, żeby nie mylić pokory ze słabością, a takie tendencje niestety pojawiają się w naszej indywidualistycznej kulturze.
Bycie pokornym to brak lęku przed prawdą. Zatem kiedy ktoś chce Cię wykorzystać lub Tobą manipulować, nie bój się mu tego wprost powiedzieć. Nawet nie wiesz, jak może się zdziwić. Ukazanie prawdy osłabia osobę, która chce nas wykorzystać.
Jak budować prawdziwą pokorę?
1. Nie bój się prawdy o sobie.
2. Nie bój się krytyki. W każdej informacji na Twój temat może być odrobina prawdy, nawet jeśli ktoś mówi coś do Ciebie w gniewie i ze złymi intencjami. Potraktuj takie sytuacje jak naukę na swój temat, spokojnie słuchaj i analizuj, ale nie przyjmuj wszystkiego, lecz tylko to, co jest prawdziwe (więcej o tym, jak radzić sobie z krytyką i hejtem).
3. Nie bój się wyzwań.
4. Nie bój się porażek. Porażki są nieodłącznym elementem wyzwań i zwycięstw, a poza tym nie musisz ciągle wygrywać, żeby być lepszym. Sportowiec bardzo często staje się lepszy właśnie dlatego, że wcześniej poniósł wiele porażek.
5. Nie bój się przyznać do błędu. Każdemu z nas zdarzają się błędy. Podobno jedyną metodą na ich niepopełnianie jest nierobienie niczego. Dlatego bardzo ważną umiejętnością jest szczere przyznanie się do błędów. Wbrew pozorom ludzie o wiele pozytywniej postrzegają osobę, która potrafi szczerze przyznać się do błędu, niż osobę, która wokół siebie rozsiewa „czar nieomylności”.
W kontekście pokory myślę, że warto przybliżyć bardzo mocną myśli Jordana Petersona (2018) – kanadyjskiego psychologa, który bardzo dużo uwagi w swoich badaniach poświęcił kwestii zbrodni totalitaryzmów i związanego z nim ludzkiego okrucieństwa. Peterson stwierdza, że „W ludziach drzemie olbrzymi potencjał do czynienia zła” (s. 92) i „Każdy człowiek ma w sobie bezgraniczną zdolność do czynienia zła” (s. 236), a w związku z tym pokora jest bardzo potrzebna, bo bez niej „totalitarna duma objawia się w nietolerancji, opresji, torturach i mordach” (s. 237). Tak sobie myślę, że bez pokory nie stajemy się potworami chyba tylko dlatego, że tak (obecnie) nie wypada, bo żyjemy w środowisku, które takie działania potępia (np. przez kulturę i prawo). Żeby być dobrym i postępować właściwie, zgodnie z swoimi wartościami, konieczne jest więc zdanie sobie sprawy z tej cząstki zła w nas, bo bez jej dostrzeżenia i zrozumienia, możemy stać się jej ofiarami (i przy okazji niestety ludzie wokół nas). Dostrzeganie prawdy o sobie zakłada więc też pewnego rodzaju zdrową obawę przed samym sobą i tą właśnie zdolnością do zła.
Dostrzeżenie tej perspektywy jest też mega ważne z perspektywy rodzica. „Mało kto rozmyślenie planuje być kiepskim ojcem czy matką, a jednak kiepskie rodzicielstwo spotykamy na co dzień. Powodem jest fakt, że w ludziach tkwi zarówno skłonność do dobra, jak i do zła – a wielu pozostaje rozmyślnie ślepymi na drugą połowę tej prawdy.” (s. 180) Pogrubienie moje, bo zobaczcie, że my naprawdę bardzo często mamy bardzo duży problem do przyznania się nawet przed samym sobą (a co dopiero przed innymi, np. właśnie dziećmi) do własnej skłonności do zła. A to nie jest możliwe bez pokory.
Wdzięczność
Bardzo ważną wartością sprawiającą, że lepiej radzimy sobie z różnymi spotykającymi nas trudnościami i że nasze życie jest naprawdę szczęśliwe i okazywanie wdzięczności. Wdzięczność to nawet nie tyle co zachowanie zewnętrzne, kiedy komuś za coś dziękujemy, ale raczej postawa wewnętrzna, przekonanie, może też jakiegoś rodzaju decyzja kierująca naszą uwagę na to co dobre i pozytywne w naszym życiu, a nie na to co się nam nie udaje.
O wdzięczności z konkretnymi poradami dotyczącymi jej kształtowania bardzo dużo pisze w tym wpisie:
Po co i jak uczyć wdzięczności (siebie i innych)?
Uwaga
Uwaga to wartość związana z nakierowaniem na drugiego człowieka. Uwaga to inaczej obecność, ale nie tylko w sensie fizycznym bycia obok kogoś, np. w jednym pokoju. Mówimy: „poświęć mu uwagę”. Uwaga to w sensie psychologicznym pewien termin techniczny obrazujący fakt skierowania na coś zmysłów. Dokładnie o to chodzi w tej wartości, żebyś skierował swoje zmysły na drugą osobę. Posłuchał i zobaczył (bo nie wszystko da się usłyszeć tylko w słowach) o co jej chodzi, czego potrzebuje.
Słyszałem kiedyś bardzo ciekawe stwierdzenie w tym kontekście: jedynymi osobami, które za 20 lat będą pamiętały, że zostawałeś dłużej w pracy, będą Twoje dzieci. To jest przerażające, jak brak uwagi może ranić. Nie to, że Ty robisz coś złego, komuś cynicznie szkodzić, Ty przecież ciężko pracujesz, żeby Twoi bliscy mieli dobre warunki życia… tylko, że nad dobre warunki życia Twoi bliscy potrzebują Ciebie, nawet jeśli czasami jest im to trudno przyznać.
Mam też taką refleksję, że szczere okazywanie innym zainteresowania, czy docenianie ich choćby przez uwagę, jest na tyle nietypowe w naszym obecnym stylu życia i kulturze relacji międzyludzkich, że jeśli to robisz, to natychmiast jesteś posądzany o jakieś drugie dno: „on/ona coś ode mnie chce”. A może on/ona chcę od Ciebie tylko tyle, żebyś był/a szczęśliwy/a? Nic więcej. Czasami tylko uwaga i po prostu obecność wystarczy, żeby człowiek taki był. A przecież sprawianie, żeby ludzie byli szczęśliwi sprawia, że my sami tacy się stajemy.
Przynależność
Kolejna bardzo ważna i zapominana wartość to przynależność. To dostrzeganie faktu, że jesteśmy częścią czegoś większego niż my sami, że należymy do mniejszych i większych wspólnot, gdzie wobec mniejszej wspólnoty mamy większe zobowiązania, ale też więcej od niej oczekujemy, a wobec większej wspólnoty mamy mniejsze zobowiązania i mniej od niej oczekujemy. To związane z tym poczucie odpowiedzialności za daną wspólnotę i poczucie sensu życia w trosce o ludzi z tych wspólnot. Zobaczcie, że człowiekiem oderwanym od wspólnoty jest łatwiej manipulować i jest on bardziej podatny na zagrożenia zewnętrzne.
Co w ogóle ciekawe czteroletnie badania (Fu, Padilla-Walker i Brown, 2017) pokazały, że zachowania prospołeczne powiązane są lepszą samooceną wśród nastolatków: lepsza samoocena prowadzi do zachowań prospołecznych, a zachowania prospołeczne poprawiają samoocenę. Zjawisko to występuje w odniesieniu do zachowań podejmowanych wobec osób nieznajomych, natomiast w badacze nie stwierdzili go w odniesieniu do rodziny i przyjaciół.
Przynależność to dostrzeganie faktu, że dylemat ja-inni jest tak naprawdę pozorny i da się tak budować nasze relacje, żeby nikt nie był w nich poszkodowany i stratny (wygrana – wygrana). Ten pozorny dylemat możemy odnieść do kwestii pieniędzy, bo przecież ludzie bogaci, to właśnie ci, którzy w największym stopniu odpowiadają na potrzeby ludzi poprzez dostarczanie im wartościowych produktów i usług (bo gdyby tak nie było, ludzie by ich nie kupowali):
Duże pieniądze vs. piękne relacje – jak sobie radzić z tym fałszywym dylematem
A mądrość mówiącą o tym, że hojność związana jest z bogactwem znajdziemy także w Biblii:
Co według Biblii należy robić, żeby mieć dużo pieniędzy
Wielkoduszność
Osoba wielkoduszna ma wielką duszę, czyli jest hojna. Wielkoduszność pozwala nam pamiętać, że dając wcale nie tracimy (a jakże często my przecież tak myślimy). Osoba wielkoduszna żyje mentalnością dostatku, czyli właśnie przekonaniem, że dając sama nie traci, bo ma z czego czerpać. Osoba wielkoduszna nie boi się, że ktoś naruszy jej granice, bo bardzo dobrze ma je wyznaczone, a bardzo często – przynajmniej ja to tak postrzegam – boimy się, że ktoś je naruszy, kiedy sami do końca nie wiemy, czego one dotyczą.
Co też w ogóle ciekawe, kiedy głębiej przyjrzymy się tej sprawie, okazuje się, że właśnie osoby wielkoduszne (bardziej współcześnie mówiąc: dawcy) to osoby które odnoszą życiowy sukces, choć – sama postawa dawcy nie jest tu wystarczająca, ponieważ osoby najczęściej dające się wykorzystywać to także dawcy. Na tym polega paradoks bezinteresowności, który mówi o tym, że dosłownie opłaca się mieć postawę dawcy i być wobec innych w porządku, nawet jeśli czasami ktoś nas oszuka:
Bezinteresowność się opłaca, czyli jak działa ekonomia wdzięczności
Szlachetność
Szlachetność to robienie tego, co słuszne, a nie tego, co wypada (choć nie jest dobrze zakładać, że to musi być dylemat, ponieważ bardzo często to, co wypada, jest jednocześnie tym, co słuszne – takie normy zapisane są np. w zasadach dobrych manier), to robienie rzeczy właściwych, a nie tylko właściwie. Szlachetność to postępowanie zgodnie z własnym sumieniem niezależnie od tego, czy ktoś o tym wie, czy nie. To postępowanie zgodnie z tym, co wartościowe, a nie koniecznie wygodne (zob. 7 zasadę w cytowanej książce Petersona, 2018). Szlachetność zakłada też całkowitą prawdomówność bez cienia kłamstwa i dotrzymywanie danego słowa. Szlachetność to bycie uczciwym, nawet jeśli wybitnie się to nie opłaca – bo człowiek szlachetny pamięta, ze jednak w ostatecznym rozrachunku nieuczciwość jest największą stratą.
Więcej o robieniu rzeczy właściwych, a nie tylko właściwie, czyli o różnicy pomiędzy przywództwem, a zarządzaniem:
Malutka ogromna różnica pomiędzy „właściwie” a „właściwe” (oraz jak kształtować samoświadomość)
Heroizm
Heroizm to połącznie postawy aktywności i wytrwałości. To robienie więcej niż trzeba. To ciągłe pokonywanie swoich słabości. Heroizm to posiadanie wielkich planów i marzeń – w pozytywnym sensie chcenie ciągle więcej i nieosiadanie na laurach. W kontekście postawy aktywności możemy doświadczyć dwóch pokus: stabilizacji, kiedy dążymy do takiego „ułożenia” swojego życia, żebyśmy nie musieli się o nic martwić, co oczywiście nie jest możliwe, bo życie wciąż się zmienia oraz aktywizmu, czyli ciągłej jakby „pustej” aktywności – bez głębokiego zakorzenienia aktywności w swoim życiu wewnętrznym. Heroizm to właśnie taka pełna (również w sensie wewnętrznym), przemyślana i mądra aktywność zmieniająca świat na lepsze.
O tych dwóch pokusach i mądrej aktywności piszę więcej w tym wpisie:
Na czym polega mądra aktywność. Jak uczyć aktywności
Jak upowszechniać wartości?
Oczywiście lista tych wartości nie jest zamknięta i pewnie moglibyśmy wypisać jeszcze co najmniej kilkadziesiąt takich, których realizacja będzie prowadziła do budowania wspólnot i poczucia spełnienia. Jeśli przychodzą Wam takie ważne wartości, które wydają się być współcześnie zapominane, a które koniecznie należałoby dopisać do powyższej listy, dajcie, proszę, o nich znać w komentarzach.
Małe kroki
Najważniejszym (żeby nie powiedzieć jedynym) sposobem upowszechniania tych wartości jest po prostu życie nimi. Łatwo powiedzieć/napisać, trudniej zrobić, no nie? Wydaje mi się, że jednak wcale nie jest to takie trudne. Najważniejsze jest zacząć i metodą małych kroków i codziennych drobnych czynności wprowadzać je w swoje życie, zaczynając najlepiej od osób, które masz najbliżej siebie (czyli od siebie samego), zgodnie z uniwersalną metodą angażowania ludzi do czegokolwiek. Zaczynanie od małych kroków przeciwdziała też myśleniu o niesprzyjających okolicznościach zewnętrznych i wewnętrznych, które mogą nas powstrzymywać przed działaniem: zawsze jest zły czas i miejsce, złe okoliczności, nieodpowiedni ludzie wokół, niewystarczające zasoby, kompetencje itp., ale zawsze jest możliwe wykonanie jakiegoś małego kroku, choć trochę to zmieniającego.
Zaplanuj sobie jedną małą codzienną czynność, przez którą wdrożysz daną wartość w swoje życie, np.
– miłość: zrób mały dobry uczynek
– mądrość: pomyśl, o jakiejś konsekwencji Twojej decyzji z młodości
– odpowiedzialność: z zaangażowaniem spełniaj dziś swoje obowiązki
– pokora: wypisz 3 swoje zalety i 3 wady
– wdzięczność: zacznij prowadzić Księgę Wdzięczności i napisz jedną rzecz, za którą jesteś dziś wdzięczny/a
– uwaga: zadzwoń dziś do kogoś, o kim wiesz, że ucieszy się z Twojego telefonu
– przynależność: zbierz kilka papierków z trawnika na Twoim osiedlu
– wielkoduszność: uśmiechaj się dziś do każdego
– szlachetność: przekaż drobny datek na cel charytatywny
– heroizm: przez 15 minut pracuj dziś nad ważnym dla Ciebie projektem pozazawodowym
Małe obszary przywiązań do wartości
Małe obszary przywiązań do wartości to takie sprawy, które możesz wykonywać codziennie, a które u Ciebie i ludzi wokół mogą stanowić takie małe kotwice lub korzenie. Niektóre rośliny jest trudno wykorzenić, nie dlatego, że mają grube korzenie, ale dlatego, że mają bardzo dużo małych korzeni, które roślinę ukorzeniają przez wiele małych powiązań. Takie cienkie, a liczne korzenie sprawiają, że jesteśmy bardziej stabilni, trudniej na nas wpływać i manipulować nami. Są one naszą codziennością, naszymi nawykami i przyzwyczajeniami.
Jak budować takie małe obszary:
– Ogranicz oglądanie telewizji i korzystanie z mediów, a nawet wywal telewizor (na poważnie!) albo co najmniej gruntownie przemyśl, jakie wartości niosą programy (i reklamy), które regularnie oglądasz. Kiedy się temu przyjrzycie możecie się zadziwić jak żenujące wartości niosą programy, które na co dzień oglądamy, a nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, np. płytko rozumiana rozrywka, naśmiewanie się z innych, powierzchowność, itp. To jest w ogóle bardzo ciekawe zadanie, żeby np. wspólnie z dziećmi obejrzeć jakąś bajkę lub film, na następnie porozmawiać: o czym to było? Do czego nas zainspirowało? Jakie wartości niosło? My z młodzieżą mniej więcej w taki sposób rozmawiamy o książkach w metodzie Studium Akademickiego.
– Zastanów się, o czym rozmawiasz na co dzień z bliskimi i z ludźmi, z którymi spędzasz czas. Bardzo często niestety nasze rozmowy sprowadzamy do spraw powierzchownych, natomiast rozmowa o tym, co jest dla nas ważne często schodzi na drugi plan. Temat rozmowy jest dla mnie ważny i często go poruszam, np. we wpisie o Sztuce Rozmowy inspirowanym filozofią dialogu Martina Bubera lub we wpisie z listą 250 tematów do rozmów, gdzie zapraszam do skorzystania z skryptu losującego temat do rozmowy i jednocześnie służącego do oceniania ważności rozmów. Na stronie z analizą danych zebranych za jago pomocą znajdziecie listę tematów ułożoną w kolejności ocen: od najważniejszego do najmniej ważnego.
– Staraj się budować dobre relacje w sąsiedztwie, z koleżankami i kolegami w pracy / szkole / uczelni, np. poprzez proste mówienie dzień dobry, przytrzymanie przed kimś drzwi, ustąpienie miejsca, życzenie kasjerce/kasjerowi dobrego dnia itp. Co w ogóle ciekawe, na pewno zauważysz, że takie małe czynności poprawiają humor bardziej Tobie, niż osobie, która jest ich odbiorcą.
– Zrób jakiś życzliwy gest wobec Twojej społeczności, taki o którym nikt nigdy się nie dowie, np. zaparkuj dalej na parkingu pod marketem, żeby ktoś inny mógł zaparkować bliżej (a Tobie dobrze zrobi spacer), podnieś z chodnika papierek, napraw jakąś szkodę, popraw lezącą na klatce schodowej wycieraczkę.
Duże obszary przywiązań do wartości
Małe kroki i małe obszary przywiązań do wartości prowadzą nas do spraw dużych. Chodzi tu o taką całościową konstrukcję naszego życia (jeśli to odpowiednie słowo), w którym to, co dla nas najważniejsze stawiamy na pierwszym miejscu, a to co mniej ważne niżej i jesteśmy w tym spójni, tzn. rzeczywiście realizujemy ważne dla nas wartości w takim stopniu, w jakim są one dla nas ważne. Oczywiście, w życiu są różne sytuacje i w pewnych okolicznościach będziemy wkładać więcej wysiłku w realizację wartości znajdujących się niżej w naszej hierarchii niż w te znajdujące się wyżej. Chodzi mi jednak o taką całościową wizję swojego życia, związaną np. z wyborem drogi życiowej, osoby, z którą żyjemy, zawodu, pracy, dróg rozwoju, różnych zaangażowań. Każdy z tych wyborów to jakaś decyzja, która pociąga za sobą mniejsze decyzję np. o tym, o której jutro wstanę i co będę konkretnie robił. Mega ważne są wiec właściwie dwie sprawy:
1) znać swoje wartości i potrafić poukładać je w hierarchię,
2) starać się tak konstruować swoje życie, żeby móc te wartości w największym stopniu realizować.
Bo czasami bywa tak, że my nawet nie do końca znamy swoje wartości tylko dlatego, że po prostu w codziennej bieganinie zapominamy się nad tym zastanawiać. Od czasu do czasu warto po prostu na spokojnie usiąść, może np. raz w tygodniu, raz na miesiąc lub chociażby raz na rok i zastanowić się, co jest dla nas ważne i, czy to co jest ważne realizujemy. Czasami się okazuje, że tego typu refleksję ktoś podejmuje dopiero wtedy, kiedy – nie wytrzymując biegu życia – znajdzie się w procesie terapeutycznym. Terapeuta pyta: „Jakie były powody, że tak postępowałaś/eś?” (tak na marginesie pytanie: „Dlaczego tak postępowałaś/eś?” może brzmieć nieco oskarżająco). A człowiek zupełnie szczerze odpowiada: „właściwie to nie wiem, muszę się zastanowić”.
Mi samemu zdarzało się być zagadywanym przez przyjaciół (lub samemu ich zagadywać) pytaniem: „po co to właściwie robisz?”, wtedy na chwilę się zatrzymywałem i dopiero najpierw sam przed sobą odpowiadałem sobie na to pytanie tak, żeby móc udzielić odpowiedzi pytającemu. Choć muszę przyznać, że czasami zdarzało mi się też odpowiadać: „jeszcze tego nie ustaliłem.”
Tak więc mega ważne jest znać swoje wartości i dużo miejsca w swojej pracy poświęcam temu zagadnieniu, też m.in. poprzez przygotowywanie porad i narzędzi pomagających w samoopisie swoich wartości. Dużą część tych treści przygotowuje z myślą o osobach pracujących z dziećmi i młodzieżą (w szczególności z młodzieżą) tak, żeby ten temat mógł być poruszany już w młodości, a nie dopiero wtedy, kiedy człowiek jest dorosły – choć to się przecież może zmieniać w ciągu życia.
Moje materiały pomagające w opisywaniu swoich wartości:
– Arkusz Wartości i Karty Wartości [do pobrania] – przygotowane na podstawie książki Dialog Motywujący (Miller i Rollnick, 2014) wraz z listą 100 wartości do układania w hierarchii
– Arkusz Wartości Online – to samo narzędzie w wersji online
– Do Czego Jestem Stworzony [produkt w sklepie CDW] – zbiór 9 rozbudowanych ćwiczeń pozwalających odpowiedzieć sobie na to pytanie, m.in. przez analizę swoich wartości
– Zeszyt Podróży Rozwojowej [produkt w sklepie CDW] – ćwiczenie 11. tego zbioru wprost dotyczy naszych wartości
– Sztuka zadawania pytań, czyli moc pytań w edukacji. Jak uczyć myślenia, odpowiedzialności i budowania samoświadomości za pomocą pytań – wpis z listą tzw. mocnych pytań pozwalających na zdefiniowanie swoich najważniejszych wartości
Kwestia wartości ma też bardzo duże znaczenie w organizacjach (a przecież większość ludzi pracuje w organizacjach) i większych społecznościach (np. w państwie). Kultura organizacyjna i kultura społeczna to nic innego, jak zbiór wartości. Quid leges sine moribus vanae proficiunt? Cóż warte puste prawa bez obyczajów? Jak pytał Horacy i rzeczywiście, choć odgórne zasady, np. regulaminy firmowe, czy prawo stanowione mają swoją funkcję wychowawczą, to jednak każde prawo i każdą zasadę da się jakiś sposób obejść (lub chociażby można próbować) – natomiast skupienie się nad kulturą, choć jest długofalowe i wymaga więcej wysiłku, przynosi skuteczniejsze rezultaty.
Wbrew pozorom wprowadzanie zmian kulturowych niekoniecznie musi być aż takie trudne. Kluczowe znaczenie ma tutaj osoba lub osoby będące w roli lidera, np. szef firmy, dyrektor, polityk w kontekście narodu. Czy masz motywację do przestrzegania jakiejś ustalonej w Twojej społeczności zasady, jeśli wiesz, że lider jej nie przestrzega? Jakie wartości dostrzegasz w swoim szefie? Osobie, na którą głosowałaś/eś w ostatnich wyborach? Twórcach kultury, których twórczość obecna jest w Twoim życiu?
Nawet jeśli nie jesteśmy liderami naszych społeczności, to zawsze warto pamiętać o tym, że, przez naszą społeczną naturę, czy tego chcemy czy nie i tak wpływamy na innych (a inni na nas) i dlatego zawsze warto starać się żyć ważnymi dla siebie wartościami, niezależnie do tego, co się dzieje wokół.
Może zmotywuje Was do tego badanie przeprowadzone na dużej próbie 51 830 uczennic i uczniów z całej Polski (Dębski i Flis, 2022), które pokazało, że 52% uczniów nie lubi swoich nauczycieli za to, że są niemili oraz że za dużo wymagają (myślę, że osoby pracujące w tym zawodzie nie powinny tego brać zbytnio tylko do siebie, bo przypuszczalnie w tym kontekście są oni reprezentacją całego świata dorosłych), choć jednocześnie aż 83,2% przyznaje, że w ich szkole jest przynajmniej 1 nauczyciel bardzo przez nich lubiany, a 50,7% przyznała, że w ich szkole jest przynajmniej 1 nauczyciel, do którego mogliby zwrócić się o pomoc w rozwiązaniu problemów pozaszkolnych (s. 14). Przypuszczam, że my dorośli w zdecydowanej większości również moglibyśmy wskazać w naszym otoczeniu chociaż jedną osobę, o której powiemy, że zawsze przestrzega swoich zasad, żyje pięknymi wartościami i możemy się do niej zwrócić z naszymi wyzwaniami. A może to Ty możesz być taką osobą dla kogoś innego?
Tak w ogóle możemy oczywiście narzekać na to, jaki jest świat (choć doskonale zdajemy sobie sprawę, że to nic nie zmieni) lub możemy po prostu, małymi krokami, czynić go lepszym. Czasami wystarczy tylko małe działanie, mały krok realizujący nasze wartości żeby to robić.
Tak w gruncie rzeczy to właściwie nie ma innego sposobu.
Zapraszam do dyskusji w komentarzach. Jaka Waszym zdaniem wartość powinna znaleźć się jeszcze w tym wyliczeniu?
Bibliografia:
Covey S. (2005). 8 nawyk. Od efektywności do wielkości i odkrycia własnego głosu. Dom Wydawniczy Rebis.
Dębski M., Flis J. (2022). Zdrowa szkoła. Ocena jakości relacji szkolnych w świetle ogólnopolskich wyników badań uczniów i nauczycieli. Gdańsk: Fundacja Dbam o Mój Zasięg.
Frankl V. (2009). Człowiek w poszukiwaniu sensu. Warszawa: Czarna Owca.
Fu X., Padilla-Walker L. M., Brown M.N. (2017), Longitudinal relations between adolescents' self-esteem and prosocial behavior toward strangers, friends and family. Journal of Adolescence, 57: 90-98.
Miller W., Rollnick S. (2014). Dialog Motywujący. Jak pomóc ludziom w zmianie. Kraków: Wydawnictwo UJ (s. 118-121).
Svenson O. (1981). Are we all less risky and more skillful than our fellow drivers? Acta Psychologica, 47(2), 143–148.
Peterson J. B. (2018). 12 życiowych zasad. Antidotum na chaos. Warszawa: Fijorr Publishing
Weinstein N. D. (1980). Unrealistic optimism about future life events. Journal of Personality and Social Psychology, 39(5), 806–820.
Zajonc, Robert B. (1968). Attitudinal Effects Of Mere Exposure. Journal of Personality and Social Psychology. 9 (2, Pt.2): 1–27.

