Dlaczego ludzie religijni są szczęśliwsi

Jak wiecie lubię analizować różne sprawy nie tylko pod kątem skuteczności, czyli doprowadzania spraw do końca, ale również pod względem satysfakcji, czyli zadowolenia jakie dana aktywność nam daje. W tym wpisie chcę przyjrzeć się religijności.

 

Badania wskazują na związek religijności z zadowoleniem z życia, chociaż nie jest on zbyt duży. Na przykład Inglehart (1990) przeprowadził sondaż obejmujący 163 tys. osób w 14 krajach w Europie i zauważył, że wśród osób, które chodziły do kościoła raz na tydzień 84% jest bardzo zadowolonych z życia, natomiast wśród osób, które nigdy do kościoła nie chodziły takich osób było 77%.

 

Bardzo ciekawe wnioski pokazały także badania Veenhovena i jego zespołu (1994), który stwierdził, że związek religijności z zadowoleniem z życia jest większy w Ameryce niż w Europie, większy wśród osób starszych niż u osób młodszych oraz większy u protestantów niż u katolików.

 

Efekt ten jest najsilniejszy, kiedy religijność mierzy się satysfakcją z religii (nawet do r = 0,50), uczęszczanie do kościoła (r = 0,15 do 0,20), a o wiele słabszy, gdy pod uwagę bierze się tylko przynależność do kościoła lub deklarację wiary. Najsilniejszy związek religijności z zadowoleniem życia stwierdzono u osób, które doświadczały doznań religijnych (np. doświadczeń w stylu: „zalało mnie światło” w badaniach Greeleya (1975), gdzie korelacja takiego doświadczenia z pozytywnym afektem wyniosła r = 0,60).

 

Rzućmy okiem na jeszcze jedne wyniki badań przeprowadzone wśród 1343 osób starszych w USA (Moberg i Taves, 1965). Poniższa tabelka pokazuje procent osób bardzo szczęśliwych wśród poszczególnych grup. Zwróćcie uwagę, że poza przynależnością i aktywnością w kościele bardzo istotną rolę w odczuwaniu zadowolenia z życia dogrywa małżeństwo. W dużym uproszczeniu (bo trzeba wziąć pod uwagę wiele innych zmiennych) badania mówią o tym, że najszczęśliwsze są osoby w małżeństwach i trwałych związkach, następnie osoby samotne (czyli osoby, które nigdy nie były w małżeństwie), na najmniej szczęśliwi są wdowy i wdowcy (nie dziwi nas taki wynik: jak coś miałeś i stracisz, bo dotkliwiej to odczuwasz, niż gdybyś tego w ogóle nie miał).

 

 

Wyniki te pokazują jeszcze jedną ciekawą prawidłowość: wydaje się, że możemy powiedzieć, że osoby, które są samotne (czy to owdowiałe, czy nigdy niebędące w związku) radzą sobie z swoją samotnością właśnie dzięki przynależności i aktywności w wspólnocie religijnej.

 

  •  

    Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej o skutecznym działaniu, zapraszam do zapoznania się z moim podręcznikiem: Jak Uczyć Skuteczności.

    Jest to podręcznik osobistej skuteczności, z wiedzą, którą powinniśmy poznać jeszcze w szkole.

    ZOBACZ PODRĘCZNIK

     

 

Chyba nas te wyniki nie dziwią. Przeanalizujmy je po kolei.

 

1. Większy związek religijności z zadowoleniem z życia wśród Amerykanów niż u Europejczyków łatwo wytłumaczyć tym, że w Ameryce (na pewno w USA, gdzie przeprowadzano te badania) religia jest bardzo ważnym wymiarem życia społecznego, w konstytucji i na dolarze wprost wzywa się Boga, tam nikogo nie dziwi, kiedy jakiś senator w czasie parlamentarnej dyskusji pyta: „A co na to Pan Bóg?” (pomyślcie, co by było, gdyby powiedział tak któryś z posłów w Europie), ludzie błogosławią się na ulicach, itp. Natomiast w Europie, po rewolucji francuskiej, Bóg coraz bardziej znika z przestrzeni publicznej i mniej się o nim wspomina, chociaż na pewno ma na to wpływ jeszcze jedna sprawa: Ameryka jest bardziej protestancka niż Europa (Europa zachodnia też jest, ale nie aż tak bardzo jak Ameryka).

 

2. Większy związek zadowolenia z życia z religijnością wśród protestantów. Te badania też nas nie dziwią. Protestanci inaczej podchodzą np. do tematu grzechu niż katolicy. Może to pewne uproszczenie, ale u protestantów grzech (a więc wszelkie zło i cierpienie) już został całkowicie pokonany w osobie Jezusa, a w katolicyzmie więcej wspomina się o tym, że to indywidualna decyzja człowieka (i wysiłek z nią związany), czy chce, żeby Jezus pokonywał (a nie tylko raz na zawsze pokonał, bo to ten proces trwa dopóki żyjemy) nasz indywidulany grzech. Nie wiem, czy to zauważyliście, ale dla protestantów grzech i cierpienie są związane, a więc, skoro Jezus pokonał grzech, pokonał również cierpienie (nie musisz już cierpieć), a w katolicyzmie, przez cierpienie uczestniczy się w procesie zbawienia. Takie może nie wielkie różnice, ale sprawiają one, że ten związek religijności z zadowoleniem z życia jest większy właśnie u protestantów.

 

3. Związek ten jest większy u osób starszych. Też nas to nie dziwi, bo przecież osoby młodsze mają wiele innych spraw, na których mogą budować swoje zadowolenie, z których nie mogą (lub już nie chcą) korzystać osoby starsze.

 

4. Nie dziwi nas również fakt, że związek religijności z zadowoleniem z życia jest większy, kiedy jako miarę religijności bierze się nie słowa, a czyny (nie deklaracje, a np. uczęszczanie do kościoła, zaangażowanie, czy modlitwy, których owocem są doznania religijne).

 

Jeszcze taka mała uwaga metodologiczna: cytowane tutaj badania realizowane były w szeroko rozumianej Cywilizacji Zachodniej (Europa, Ameryka, Australia), czyli w gruncie rzeczy w Cywilizacji, w której jednym z fundamentów jest chrześcijaństwo. Być może zupełnie inaczej ta sprawa wygląda w innych kulturach, np. w Afryce (choć Afryka już coraz bardziej należy do sfery wpływów chrześcijańskich i w ogóle jest to kontynent, na którym najszybciej przybywa chrześcijan), krajach arabskich, czy krajach Dalekiego Wschodu. Zobaczcie, że dla nas w Europie, czy Ameryce kwestia indywidualnego zadowolenie z życia, zastanawiania się nad tym jak być szczęśliwym, jak wychować swoje dzieci, żeby były szczęśliwe itp. jest jakby normalna i na tym opiera się nasza kultura (bo jest to też jeden z filarów chrześcijaństwa, przecież już na pierwszej lekcji religii w szkole słyszymy, że Bóg chce, żebyśmy byli szczęśliwi), natomiast bardziej kolektywne kultury azjatyckie mniej koncentrują się na potrzebach indywidualnych, a poza tym religie azjatyckie zupełnie inaczej pojmują pojęcie boga (bogów) i sensu życia człowieka. Swoją drogą równie ciekawe były by wyniki badań dotyczących religijności prawosławnej, która ma również charakter nieco bardziej kolektywny niż chrześcijaństwo zachodnie. Jak znacie takie badania, to podzielcie się proszę w komentarzu.

 

W każdym razie my żyjemy w kulturze zachodniej i w tym kontekście analizujemy badania i wyciągamy z nich wnioski dla naszego życia.

 

 

Dlaczego więc osoby religijne są bardziej szczęśliwe? Co nam daje religia?

Literatura psychologiczna opisuje oczywiście wiele odpowiedzi na te pytania. Myślę jednak, że możemy sprowadzić je do trzech.

 

1. Religia daje poczucie sensu i spójny światopogląd

Każda religia wyjaśnia świat. Ludzie od kiedy tylko zaczęli myśleć, zaczęli zadawać sobie pytania o pochodzenie świata i jego sens. Religia wyjaśnia świat, a więc wyjaśnia także moje indywidualne życie. W gruncie rzeczy każda religia w jakiś sposób wyjaśnia sens cierpienia, trudu, mówi nam jak mamy żyć, daje nam światopogląd i cel życia. Zobaczcie, że jedną z bardzo ważnych potrzeb człowieka jest poszukiwanie sensu, poszukiwanie odpowiedzi na pytanie DLACZEGO? PO CO? Religia daje nam coś co określamy „pewnością egzystencjalną” (Ellison, 1991), przekonanie, że jest coś po śmierci (ważne w szczególności u osób starych), że warto się starać, że jest Bóg, który się o mnie troszczy.

 

W 8 Nawyku Covey (2005) przytacza anegdotkę z życia Alberta Einsteina. Podobno, w czasie jednego wywiadu pewien dziennikarz zapytał Einsteina o to, jakie pytanie zadałby Bogu, gdyby mógł stanąć z nim twarzą w twarz (wiecie, że dziennikarze lubią zadawać takie mocne pytania). Einstein maił odpowiedzieć, że zapytałby Go JAK stworzył wszechświat, bo reszta to już tylko matematyka i resztę by się już obliczyło. Rozmowa toczyła się dalej, ale po jakimś czasie Einstein przerwał dziennikarzowi i powiedział, że chciałby wrócić do tamtego pytania – widać nie dawało mu spokoju – i zapytałby jednak o coś innego: DLACZEGO Bóg stworzył wszechświat? Gdybym to wiedział, wtedy wiedziałbym jaki jest sens mojego życia.

 

Tak swoją drogą o co Ty zapytałbyś/zapytałabyś Boga, gdybyś stanął/stanęła z Nim twarzą w twarz? Zachęcam do odpowiedzenia sobie na to pytanie, bo nawet jeśli jesteś osobą niewierzącą, to tak sformułowane pytanie (tzw. mocne pytanie) pokazuje co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze, o czym ciągle myślisz, a może coś, co nie daje Ci spokoju. Zadaj Bogu to pytanie. A potem zastanów się: jak myślisz, co Bóg by na to pytanie odpowiedział? Przez takie pytania budujemy swoją samoświadomość, czyli w skrócie wiedzę o samym sobie, a to moim zdaniem jest najważniejszy element skutecznego działania.

 

Religia daje odpowiedź na tego typu pytania. Zobaczcie, że nauka również próbuje dawać odpowiedź na tego typu pytania. I o ile sensowne, w przestrzeni nauki, zadawać sobie pytania o to np. dlaczego słonie mają takie wielkie uszy, żyrafy długie szyje, a kobiety lepiej od mężczyzn widzą w ciemnościach (nie wiem, czy wiecie, ale tak właśnie jest!), to nadużyciem i wykraczaniem poza sferę nauki, jest odpowiadanie na pytanie o sensowność wszechświata.

 

Pozwolicie tutaj na mała dygresję, ponieważ znam bardzo wiele osób (i to nie tylko młodych, ale również wykształconych i to zarówno naukowców, jak i ludzi głęboko wierzących), które kompletnie nie rozumieją prostego rozróżnienia domen nauki i teologii (tak, teologia to nie nauka!).

Nauka (pod tym pojęciem rozumiem naukę empiryczną) zajmuje się tym co da się zaobserwować, zbadać, zmierzyć, obliczyć – czyli w ogóle nie ma prawa zajmowania się Bogiem, bo przecież Boga z samej definicji nie da się zbadać i zmierzyć. Tak samo nienaukowe są stwierdzenia: „Bóg stworzył świat” jak „Świat powstał w bezsensowym przypadkowym losowym procesie” lub „Życie wyewoluowało w niecelowym przypadkowym procesie”. Stwierdzenia te są nienaukowe, ale nie znaczy to, że są nieprawdziwe. Oznacza to, że one po prostu wykraczają poza domenę nauki, a w związku z tym w ogóle z nauką nie są sprzeczne.

Jeśli słyszysz stwierdzenie: że naukowiec, żeby był rzetelny musi być niewierzący, albo wierzący, to znaczy, że ktoś, kto je wypowiada zupełnie nie rozumie tego, czym jest nauka.

Oczywiście każdy (czy to naukowiec, czy nie) ma prawo do wypowiadania takich przekonań dotyczących świata i wykraczających poza ramy nauki, ale musimy pamiętać właśnie o tym, że te przekonania wykraczają poza ramy nauki i wypowiada się on po prostu jako człowiek, który ma prawo do wyrażania swoich poglądów, a nie jako naukowiec.

Kiedy to się zrozumie bez problemu można dostrzec, że naprawdę nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy przekonaniem wynikającym z religii dotyczącym tego, że Bóg stworzył wszechświat, a naukowym stwierdzeniem, że życie podlega procesom ewolucji.

Nie wiem, czy wiecie, ale w średniowieczu trwała bardzo ożywiona dyskusja dotycząca tego, czy świat został stworzony przez Boga w czasie, czy też jest odwieczny (bo przecież Bóg jest odwieczny) i że Bóg poprzedza wszechświat w sensie logicznym (jest jego stwórcą, a więc przyczyną), a niekoniecznie w sensie czasowym (Heller i Pabjan, 2013). Strony średniowiecznej dyskusji nawzajem oburzały się na siebie podobnie jak obecnie nawzajem oburzają się na siebie współcześni kreacjoniści i ewolucjoniści. Oczywiście ani tamta średniowieczna dyskusja nie miała większego sensu bo wszyscy się zgadzali, że Bóg jest stwórcą wszechświata i to niezależnie od tego czy stworzył go w czasie, czy wszechświat trwa odwiecznie z Nim, a Bóg poprzedza go w sensie przyczyny, tak samo obecna dyskusja nie ma większego sensu, ponieważ:

– dyskusja pomiędzy ewolucjonistami i kreacjonistami nie ma sensu na gruncie pozanaukowym, bo albo się zgadzamy ze stwierdzeniem, że Bóg stworzył świat i tak naprawdę nie ma znaczenia jak go stworzył (czy powołał go do istnienia w procesie trwającym tydzień, tak jak opisuje nam to Biblia), czy w procesie trwającym miliardy lat, albo rozmowę możemy sprowadzić do indywidulanych przekonań religijnych, wiary, doświadczenia lub nie Boga w swoim życiu i rozmowy o ostatecznym sensie świata, który każdy może postrzegać inaczej – TO NIE JEST NAUKA

– dyskusja ta nie ma sensu na gruncie naukowym, bo zarówno ewolucjonistyczne, jak i nieewolucjonistyczne (np. kreacjonistyczne, albo związane z tzw. inteligent design) poglądy wykraczają poza sferę nauki, jeśli chcemy być rzetelnymi naukowcami, to po prostu badajmy świat, przyglądajmy się mu i stawiajmy tezy na podstawie tego, co możemy zbadać, a nie tego, co wykracza poza naszą domenę

– wreszcie dyskusja ta nie ma sensu na przestrzeni pomiędzy domeną nauki i nie-nauki. Wtedy po prostu rozmawiamy o dwóch różnych sprawach, co może powodować niepotrzebne emocje wynikające po prostu z mieszania perspektywy naukowej i nienaukowej, co dla żadnej z tych perspektyw nie jest dobre. Może znacie historię o tym jak zakończyła się sławna owego czasu dyskusja pomiędzy zajadłym przeciwnikiem teorii ewolucji biskupem Oxfordu Samuelem Wilberforce (zwanym Mydlanym Samem) a paleontologiem Tomasem Huxleyem (który otrzymał przydomek Buldog Darwina i jak się możecie domyśleć po tym przydomku, reprezentował zupełnie odmienne poglądy na tę sprawę). Naukowa dyskusja przerodziła się obrzucanie się epitetami i ogólne krzyki i omdlenia na sali. Debata ta miała miejsce w 1860 roku w kilka miesięcy po ogłoszeniu sławnego dzieła Darwina O powstawaniu Gatunków (1859). Na szczęście obecna dyskusja ma nieco inny charakter, choć nie brakuje w niej mieszania perspektyw, co niestety może bardzo negatywnie odbijać się na postrzeganiu społecznym nauki i naukowców.

 

Przepraszam, że się tak rozpisałem, ale interesuję się nieco ewolucjonizmem, a zwłaszcza psychologią ewolucyjną (która nie tylko moim zdaniem wyjaśnia bardzo wiele mechanizmów kierujących ludzkim zachowaniem). Mam nadzieję, że również z tej, nieco może przydługiej dygresji, wyniesiecie wartość. Wracamy jednak do naszego głównego tematu.

 

2. Przynależność religijna daje poczucie wspólnoty

To jest chyba jeden z najważniejszych wymiarów, który sprawia, że ludzie religijni są szczęśliwsi: wspólnota. Jedną z ważniejszych potrzeb człowieka jest poczucie przynależności, a dobre relacje są jednym z najważniejszych korelatów szczęścia. Chcemy być rozumiani, akceptowani, szanowaniu, doceniani, chcemy być z innymi ludźmi, od których możemy otrzymać wsparcie, przyjemnie spędzić z nim czas, ale też dać coś od siebie, ponieważ poczucie bycia potrzebnym jest również bardzo ważną przyczyną wielu naszych zachowań. Religia daje nam również poczucie bliskości Boga. Badania pokazują, że relacja z Bogiem dostarcza ludziom podobnego doświadczenia wsparcia, jakie występuje w związkach miedzyludzkich (Kirkpatrick, 1992).

 

3. Osoby religijne są zdrowsze

To jest w ogóle bardzo ciekawe. O tyle, o ile dwa poprzednie powody wydają się nam w jakiś sposób oczywiste, to ten już taki nie jest. Badania pokazują, że osoby, które przynależą do kościołów żyją przeciętnie kilka lat dłużej i są po prostu zdrowsze (Jarvis i Northcott, 1987). Może jest tak właśnie z powodu wsparcia społecznego, które ma wpływ na subiektywnie doświadczane zdrowie, zwłaszcza u osób w podeszłym wieku, ale może jest tak również dalekiego, że religia to po prostu czynnik chroniący. Każdy profilaktyk Wam to powie, że religijność jest bardzo mocnym czynnikiem chroniącym przez różnymi zachowaniami niebezpiecznymi.

Jeśli postrzegasz religię jako ograniczenia, nakazy i zakazy, straszenie skutkami grzechu i piekłem, to rzeczywiście warto zwrócić uwagę, że etyki związane z religiami (siłą rzeczy skupiam się tutaj na chrześcijaństwie, bo w innych religiach może być z tym różnie, np. w Islamie), przestrzegają przed tym, co może być dla nas zwyczajnie niebezpieczne: nadużywaniem alkoholu i papierosów, narkotykami i dopalaczami, przygodnymi kontaktami seksualnymi, niebezpieczną jazdą samochodem (tak! nadmierne przekraczanie prędkości to grzech! może za mało mówi się o tym w polskich kościołach, bo dlaczego w tak religijnym kraju jak Polska tak wiele osób ginie w wypadkach drogowych?).

Na religię nie możemy patrzeć jak na coś, co nas ogranicza, ale jak coś, co daje nam dobre wskazówki dotyczące tego jak mamy żyć. To trochę tak, jakbyś, jako dziecko postrzegał swoją mamę, która każe zimą zakładać Ci czapkę, żebyś się nie przeziębił, jako ograniczenie. Przecież mama każe Ci zakładać czapkę dla Twojego dobra, a nie po to, żeby Cię ograniczać.

 

Mam jeszcze taką jedną myśl: zwróćcie uwagę, że my bardzo często przykazania traktujemy właśnie jako zakazy i nakazy, a przecież możemy traktować je jako obietnice, czyli spełnienie naszych najgłębszych pragnień i marzeń, dotyczących tego, że będziemy kochali, nie będziemy popełniali czynów, które nam i innym szkodzą (nie będziesz zabijał…,nie będziesz cudzołożył…, nie będziesz kradł…, nie będziesz kłamał…, itd.).

 

Oczywiście należy wspomnieć również o tym, że źle rozumiana i źle postrzegana religijność może prowadzić nas do zupełnie innych skutków niż zadowolenie z życia. Neurotyczna, budowana na lęku religijność, podobnie jak budowana na lęku religijność do niczego dobrego nas nie zaprowadzą. Dlatego zarówno religijność, jak i wszystkie nasze relacje z innymi budować na prawdzie, w tym na prawdzie o samym sobie (czyli na pokorze), o tym, że mamy w sobie bardzo dużo dobrych stron, zalet, talentów i potencjałów (za co powinnyśmy być wdzięczni), ale też, że mamy wady, nad którymi musimy pracować i że nie jesteśmy samowystarczalni i potrzebujemy innych.

 

Chcę się z Wami podzielić jeszcze jedną myślą, mój dobry znajmy mawia: „Ludzie zaczęli chodzić do psychologów, bo przestali chodzić do kościoła”. Jest w tym stwierdzeniu pewna mądrość. Odejście od tradycyjnych wartości, jakie obserwujemy w naszej cywilizacji w powolnym procesie, który rozpoczął się w czasach reformacji, przez renesansowy humanizm, naukowe oświecenie i rewolucję francuską, zawiłe czasy romantyzmu, freudyzmu, wielkich wojen i totalitaryzmu XX wieku, rewolucji seksualnej lat ’60., psychologii humanistycznej, aż do obecnego postmodernistycznego relatywizmu sprawiło, że ludzie doświadczają zagubienia.

Potrzeba sensu nie jest przecież wynalazkiem naszych czasów, ale ludzie od zawsze go poszukują. Kiedyś ten sens odnajdywali bardziej w religii, dziś muszą szukać go gdzie indziej, a może być jest też tak, że sami nie wiedzą czego szukają. Może to trochę smutne spostrzeżenie, ale kiedy sam nie wiesz, co się z Tobą dzieje, szukasz pomocy, a nie masz wokół siebie przyjaciela, z którym możesz porozmawiać, to rzeczywistość rynkowa podpowiada Ci, żebyś znalazł takiego specjalistę i mu zapłacił za jego usługi. Idziesz więc do psychologa lub psychoterapeuty. Oczywiście potraktujcie tę myśl jako dużego rodzaju uproszczenie opisujące procesy społeczne, nie mam również na celu negowania społecznej roli psychologii (sam przecież mam doktorat w tej dziedzinie), ale tak po prostu chcę Wam pokazać szerokie i zgeneralizowane skutki spadku społecznej ważności tradycyjnych wartości, wiary w Boga, przywiązania, honoru, cnót.

 

Uwaga metodologiczna:

Przedstawione tutaj badania, to badania populacyjne, czyli realizowane generalnie w populacji osób zdrowych i normalnie funkcjonujących. Być może, gdybyśmy takie badania przeprowadzili np. wśród osób korzystających z wsparcia psychologicznego, wyniki mogłyby być zupełnie inne. Pamiętajcie, że badania populacyjne opierają się na statystykach, to znaczy, że pokazują pewne generalne prawidłowości, które np. u danej osoby (która np. właśnie doświadcza kryzysu) mogą wyglądać zupełnie inaczej. O krytycznym przyglądaniu się wynikom badań, w szczególności korelacyjnych (a wszystkie cytowane powyżej mają taki charakter) pisałem w wpisie o mentalności pierwszego rzędu.

 

Co z tego wszystkiego wynika dla mnie?

No właśnie, zazwyczaj blogowe wpisy kończę konkretnymi poradami, dotyczącymi tego, jak to wszystko można wykorzystać w swoim życiu. Tak więc mam dwie porady:

 

– Jeśli jesteś osobą wierzącą to polecam naprawdę głębokie zaangażowanie w Twoją wiarę. Jeśli już coś robisz, to rób to na 100%, a zobaczysz naprawdę piękne skutki w Twoim życiu. Żyj w tej kwestii mentalnością pierwszego rzędu. Oczywiście nie oznacza to, że masz siadać w pierwszej ławce w kościele, ale naprawdę warto w pełni angażować się w życie swojego Kościoła.

 

– Jeśli jesteś osobą niewierzącą, to polecam przyjrzenie się temu, co buduje sens Twojego życia. To nie jest tak, że możemy żyć bez takiej refleksji. Życie bez głębszego sensu i poczucia, że przynależy się do czegoś większego niż my sami jest wbrew pozorom bardzo trudne. Sens Twojego życia nadaje strukturę Twoich celów i sprawia, że Twoje życie jest poukładane, a przez to skuteczne. W tym kontekście polecam lekturę tego wpisu: 4 kategorie celów, które warto mieć, żeby działać skutecznie

 

Jak się Wam podoba wpis? Jakieś refleksje, przemyślenia, komentarze? Zapraszam do dyskusji.

 

Bibliografia:

Argyle M. (2004). Przyczyny i korelaty szczęścia, W: J. Czapinski (red.). Psychologia pozytywna. Warszawa: PWN.

Covey S. (2005). 8 nawyk. Od efektywności do wielkości i odkrycia własnego głosu. Dom Wydawniczy Rebis.

Link do księgarni to linki afiliacyjny -> jeśli kupisz książkę po ich kliknięciu część pieniędzy trafi do mnie.

Ellison C. (1991). Religious involvement and subjective well-being. Journal of Health and Social Behaviour. 32. s. 80-99.

Greeley A. (1975). The sociology of paranormal. London: Siege.

Heller M., Pabjan T. (2013). Stworzenie i początek wszechświata. Kraków: Copernicus Center Press.

Inglehart R. (1990). Culture shift in advanced industrial society. Princeton NJ: Princeton University Press.

Jarvis G., Northcott H. (1987). Religion and differences in morbidity and mortality. Social Science and Medicine. 25. s. 813-824.

Kirkpatrick L. (1992). An attachment theory approach to the psychology of religion. International Journal for the Psychology of Religion. 2. s. 3-28.

Moberg D., Taves M. (1965). Church participation and adjustment in old age. W: A. Rose, W. Peterson (red.). Older people and their social world. s. 113-124. Philadepphila: F. A. Davis

Veenhoven i in. (1994). World database of happiness: Correlates of happiness. Rotterdam: Erasmus University.

 

Pobierz Darmowy E-book

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *